wtorek, 10 września 2019

JAK ZDROWO PRZESADZIĆ Z NIEZDROWĄ PRZESADĄ [Sasha Alsberg, Lindsay Cummings – „Zenith”]

Autorki: Sasha Alsberg, Lindsay Cummings
Przekład: Agnieszka Brodzik
Tytuł: Zenith
Cykl: Androma
Tom: 1
Gatunek: science-fiction
Liczba stron: 624
Wydawnictwo: WE NEED YA

Opis: Większość zna Andromę Racellę jako Krwawą Baronową, potężną najemniczkę, która dąży po trupach do celu, a jej bezlitosne poczynania rozciągają się na całą Galaktykę Mirabel. Ale dla załogi swojego statku jest po prostu Andi – ich przyjaciółką i nieustraszoną przywódczynią kosmicznych piratów. Kiedy kolejna rutynowa misja nie przebiega zgodnie z planem, wszyscy trafiają w ręce okrutnego łowcy nagród.
Andi, zmuszona do udziału w niebezpiecznej misji, stawia czoła mrocznemu władcy owładniętemu żądzą zemsty. Załoga Marudera staje przed trudnym wyborem – albo przywrócą porządek w galaktyce, albo rozpoczną wojnę. Gdy statek rusza w stronę nieznanego, pewne jest tylko to, że już nikomu nie mogą ufać.
[opis wydawcy]

Napis na okładce głosi: „Porywająca galaktyczna przygoda!”. Skoro były to słowa samej Sary J. Maas, powinniśmy jej zaufać, prawda? Jeżeli to szczera opinia bestsellerowej autorki, jak Boga kocham, przestaję jej ufać...

INCEPCJA PRZESADZANIA, CZYLI O TYM, JAK PRZESADZIĆ Z PRZESADZANIEM

Zenith to specyficzna książka dla młodzieży, choćby ze względu na układ treści. Pod tym względem rzeczywiście może uchodzić za oryginalną, co nie znaczy, że pomysł był dobry – wręcz przeciwnie, to dzięki niemu czytanie szło mi tak opornie. Przyznaję, dawno już nie byłam tak znudzona lekturą. Tym bardziej ból sprawiał mi fakt, że musiałam sprawiedliwie przebrnąć przez sześćset stron mało znaczących wątków. Nie dało się. To dlatego w pewnym momencie zaczęłam omijać opisy krajobrazów, których nadmiar już mnie mdlił, czy nieciekawe rozważania bohaterów na temat przeszłości, powtarzane (choć innymi słowami!) do przesady. Starałam się, ale naprawdę nie potrafiłam oddać się w pełni tej opowieści, bo była dla mnie istną katorgą. Tak jak lubię opisy, tak tutaj je niestety znienawidziłam.
O co chodzi z tym specyficznym układem? Historia opowiedziana jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej, a mimo tego, przy każdym nowym rozdziale, mamy oznaczenie w postaci imienia danego bohatera – wtedy wiemy, kogo mogą dotyczyć trzecioosobowe rozważania. Trzeba przyznać, że to nieczęsto wykorzystywany zabieg – przynajmniej ja prędzej natykam się na oznaczanie imion danych bohaterów przy pierwszoosobowej narracji. Po zastanowieniu stwierdzam, że w pierwszej osobie liczby pojedynczej ma to większy sens. Dlaczego? Bo każdy bohater mówi swoim językiem i wyraża własne myśli w specyficzny dla siebie sposób, a tutaj? Tutaj, choć mamy mnóstwo różnych postaci, każda wydaje się być taka sama, czyli... mało ciekawa. 
W całej książce naliczyłam sceny widziane okiem aż sześciu osób. I w tym właśnie momencie można już stwierdzić, że autorki przesadziły. Owszem, istnieją książki, które są opowiedziane z wielu różnych perspektyw, ale ten zabieg jest bardzo trudny do wykonania. Musi być logicznie rozpracowany, aby za bardzo nie namieszać w głowach czytelnikom. To był debiut Sashy Alsberg, więc powiedzmy sobie szczerze: przesadziła, jak na swoją pierwszą książkę. Spektakularie przedobrzyła, nawet jeżeli współpracowała z autorką, mającą już za sobą dwie serie młodzieżowe. Mało tego, że było sześć postaci. Tu przeszłość przeplatała się z teraźniejszością, czyli raz mieliśmy zdarzenia z czasu rzeczywistego jednego bohatera, a potem nagle cofaliśmy się u zupełine innej postaci w przeszłość, która nie miała najmniejszego powiązania z poprzednim wątkiem. Te skomplikowane, nieudane zabiegi sprawiły, że książka praktycznie nie miała fabuły i w dużej mierze opowiadała po prostu o… przeszłości w… aktualnie dziejącej się teraźniejszości, która domniemanie miała być ważniejsza. W fabule nie ma nawet krztyny oryginalności, a to, co miało nas zaskoczyć w ostatecznym rozrachunku, po prostu było do mniejszego lub większego przewidzenia, czyli... żadna nowość.
Choć dużo pisano o świecie przedstawionym, choć bardzo skupiano się na historiach poszczególnych postaci, nie miały one tutaj wielkiego znaczenia dla fabuły. Wszystko to zlało się w jedną całość, z której nie można wyróżnić czegoś, co byłoby na tyle zabarwione, że aż wyraźne. Patrząc na tę książkę, widzę osobiście tylko tornado. Niby coś przed sobą mam, ale jednak wiatr mi w oczy kole, przysłaniając to, co miało zwrócić moją uwagę. Nadmiar wspomnień i skakanie z jednej narracji do drugiej, nie kończąc wątku pierwszej, jest chyba najgorszą wadą tej powieści. To wszystko sprawiło, że ciężko się ją czytało, bo treść nie była spójna. Jak już nas coś zaciekawiło w jednym wątku, na przykład głównej bohaterki, to zaraz dostawaliśmy rozdział z perspektywy innej postaci, która na przykład coś wspominała, potem rozdział z perspektywy kolejnego bohatera, który teraźniejszo znajdował się w innym miejscu we wszechświecie, a potem nagle wracaliśmy do początkowej perspektywy, która już w sumie przestała nas ciekawić w nadmiarze wątków.
Nie mogę powiedzieć, że Zenith był książką z potencjałem, bo nie był. Moim zdaniem niektóre perspektywy były kompletnie niepotrzebne, na przykład takiej Lir, która uchodziła za postać mocno drugoplanową i zupełnie nic nie wnosiła do fabuły, poza jakąś tam swoją historią, która nawet nie odnosiła się zbytnio do całości – po prostu była i zbędnie zapełniała strony. Przeszłościowa historia Klaren, która nie egzystuje w fabule w czasie teraźniejszym, również mogła zostać wspomniana w perspektywie kogoś innego, na przykład swojej własnej córki, nie wiem, czy od razu konieczne było wydzielanie jej jako odrębnej bohaterki. Aż tak piekielnie ważna tutaj nie była. 
Tej powieści naprawdę dobrze by zrobiło, gdyby ktoś wrzucił do niej odkurzacz i posprzątał ten autorski nieporządek, ucinając co niektóre rozdziały. Fakt, widać, że autorki były tym wszystkim zafascynowane i starały się jak najlepiej wszystko opisać, ale zbyt dokładne opisy sprawiły, że już nie chciało się tego czytać, bo było nudno.
Dodatkową dziwną rzeczą wśród tego chaosu był dla mnie sam początek. Pierwszy raz miałam tak, że zaczęłam szukać w Internecie, czy przypadkiem nie ominęłam jakiegoś tomu, bo dostałam nadmiar informacji o przeszłości, i to tak ubranych, jakbyśmy mieli tam już z jakąś wiedzą przyjść. Wkurzało mnie na przykład sztuczne otaczanie tajemnicą śmierci przyjaciółki głównej bohaterki. Całe wspomnienie pojawiło się dopiero gdzieś pod koniec, a przecież już się dawno domyśliliśmy, jak ta scena wyglądała. Miało to być jakie wielkie bum? Nie było.
Tytuł książki jest zagadkowy. Owszem, słowo pojawiło się z dwa razy w powieści, ale miało tak słaby wydźwięk, że ja już sama nie pamiętam, co ten zenith oznaczał. Poza tym nie miał jakiegoś wielkiego wpływu na fabułę. Czy to oznaka braku pomysłu na nazwę dla historii? Bo dla mnie tak to właśnie wygląda. 

PRZESZŁOŚĆ MNIE BOLI – POWIEDZIAŁ KAŻDY BOHATER W KSIĄŻCE

Tak jak wspominałam, nadmiar perspektyw i trzecioosobowa narracja zepsuły nieco bohaterów, dlatego każdy z nich, pomimo własnej historii, wydawał się być taki sam, jak poprzednik. Większość z nich bez problemu zabijała ludzi, ale w środku była po prostu krucha. Czy to nie przesada, powtarzać to przy każdej postaci? Najbardziej pod tym względem irytowała mnie chyba główna bohaterka (choć nie wiem, czy można nazwać ją główną, skoro jakoś super się pośród innych nie wyróżniała, poza tym, że całą serię nazwano jej imieniem…). Na każdym kroku wspominała tę samą chwilę. Ja rozumiem, że to był znaczący zwrot w jej życiu, ale miałam już dosyć tego, że wszystko krążyło wokół jednego wątku. Powtarzanie tego stało się w pewnym momencie jednym wielkim użalaniem się nad sobą. Szczególnie wątek z rodzicami Andromy sprawił, że bezustannie unosiłam brwi. Autorki chciały podkreślać na każdym kroku, że Andi jest poszkodowana przez przeszłość, i koniec, a jak dla mnie to chwilami zachowywała się jak dziecko i wcale taka biedna nie była. Dodatkowo to łatwe krążenie wokół kwestii: „byłaś winna jej śmierci, nienawidzę cię”, a za chwilę: „ale dam ci ważną misję, żebyś uratowała inną bliską mi osobę”, „ale jednak jesteś moją przyjaciółką”, „ale ufam ci na tyle, że wszystko ci powierzę”. Wszyscy nagle zmieniali zdanie odnośnie głównej bohaterki i pomimo wielu lat bólu oraz życia w nienawiści, po prostu wszystko jej zawierzali. No, nie. To nie było ani trochę wiarygodne.
Autorki starały się, aby cała kobieca załoga pod dowództwem Andi bardzo się wyróżniała. I powinna się wyróżniać, bo każda miała swój charakter, zachowania, wygląd… Jak to się dzieje, że mimo tego nie miały ciekawych i wyraźnych kreacji? Nie potrafię tego zrozumieć, chociaż… może to kwestia nadmiaru wspomnień oraz postaci? 
To, czego tutaj nie polubiłam, to wątek pseudo miłosny. Naprawdę inaczej nie da się tego nazwać. Był wciśnięty na siłę i na siłę poprowadzony. Poza tym dwójka bohaterów, która darzyła siebie jakimiś głębszymi uczuciami, mnie najzwyczajniej w świecie… obrzydzała. Żeby ten wątek nie był jeszcze wciśnięty na siłę... Nie dość, że wspomnienia, różne perspektywy, przeszłość, teraźniejszość, to jeszcze zbędne dramaty miłosne. Nie za dużo tego? Za dużo. I to zdecydowanie. 
Muszę przyznać, że jedyne wątki, które w miarę mnie ciekawiły, to te opowiedziane z perspektywy królowej Nor. Nie były one wielce ambitne, ale nie wzbudzały we mnie takiego znudzenia, jak to, co działo się z perspektywy Lir, Dexa i Andi, bo tu akurat wszystko było do bólu kalkowane. Nor stanowiła tu pewną odrębność. Może jeszcze niektóre wątki z Valenem w roli głównej uchodziły za całkiem ciekawe w odczycie, ale niego samego potraktowano po macoszemu, a szkoda, bo zapowiadał się na całkiem dobrą postać o określonym charakterze.

Podsumowując. Zenith to przesada na przesadzie. Gdyby zająć się tutaj tylko połową postaci, gdyby nie mieszać tak bardzo przeszłości z teraźniejszością, gdyby poświęcono odpowiednią ilość czasu głównym bohaterom i gdyby niektóre perspektywy nie były takie nudne i obfite w byle jakie opisy dramatów czy krajobrazów, może nie byłoby tak źle, ale niestety, książka zanudziła mnie niemal na śmierć. Jeszcze rozumiem, gdyby wywoływała we mnie jakieś emocje pokroju zirytowania, ale żaden ogień nie zapłonął,  a nawet wody tu nie uświadczyłam. Był po prostu nudny, szary gruz niemający związku z żadnym żywiołem. 
Fanom sci-fi nie polecam. Uwierzcie mi, znajdziecie o wiele bardziej wartościowe powieści w tym gatunku.

OCENA:
★★★★☆☆☆☆☆☆

11 komentarzy:

  1. Hej :)
    Z jednej strony przykro czytać o książce, która nie porwała i właściwie nie miała w sobie nic, co trzymałoby przy niej czytelnika, a z drugiej mogę podziękować za tę recenzję, bo już wiem, jakie pozycji się wystrzegać. Nie rozumiem, jak można dopuszczać do druku tak toporną powieść, ale nie jestem redaktorem, może odbiór mamy inny niż ludzie w wydawnictwie, jednak to taki trochę strzał w kolano - jeśli więcej osób będzie miało takie zdanie jak Twoje, wątpię, by tytuł sprzedał się w dużym nakładzie.
    Nie dziwię się Twoim odczuciom, jeśli chodzi o narrację. Zauważyłam przy kilku książkach, które czytałam i posiadały taki zabieg, iż naprawdę trzeba być przygotowanym, by tak napisane dzieło było klarowne. I zgadzam się - bardziej pasuje do narracji pierwszoplanowej, bo pozwala lepiej poznać bohatera, jego charakter, zachowania i motywacje.
    Dziękuję za tę recenzję :)
    Pozdrawiam Ciebie i Aleksandrę!
    Con amor ❤️

    OdpowiedzUsuń
  2. Kilka razy spotkałam podobny sposób narracji i rzeczywiście - tu jest dziwnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. No i w końcu znalazłam recenzję tej książki, która oddaje wszystkie moje odczucia o tej książce. Ja tak naprawdę przeczytałam ale do tej pory nie wiem do końca co autorka chciała nam przekazać w tej książce. Dla mnie okładka piękna, która kusi, jednak nie polecam bo nawet dla takiej okładki nie jest warto mieć tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przekombinowanie nie służy powiesciom, a już tym z gatunku science-fiction szczególnie. Twoja recenzja jest bardzo merytoryczna, świetnie przytoczyłaś argumenty na każdy postawiony minus

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że tyle w niej przesady - niestety młodzieżówki fantastyczne są ostatnio coraz słabsze... Dzięki za ostrzeżenie! Zamiast lektury już chyba lepiej poprzesadzać kwiatki na balkonie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja już mam tyle książek do przeczytania że się nie wyrabiam, więc póki co nie szukam nowych, tym bardziej słabych książek. Bo wiadomo - dobrych nigdy za wiele!

    OdpowiedzUsuń
  7. No właśnie naczytałam się dość sporo negatywnych opinii o tej książce i jakoś zapał mi do niej minął...

    OdpowiedzUsuń
  8. Zabrzmiało trochę, jak powieści pozytywistyczne, gdzie opisy ciągną się i ciągną i ciągną...Osobiście staram się unikać młodzieżówek, to już nie mój target. O tej nie słyszałam i prawdopodobnie się za nią już nie wezmę :/

    OdpowiedzUsuń
  9. Ojej jaką pokręcona książka. Czytając ta recenzję już miesza mi się w głowie, A co dopiero by było przy książce? Naprawdę Dotrfałaś do końca ? Chyba jeszcze az taką książka się nie spotkałam, ale już jedna polubiłam w połowie czytania i jakoś nie chce mi się do niej wracać. Też nie lubię długich opisów i ciągłego powtarzania się...

    OdpowiedzUsuń
  10. Zdziwiona jestem oceną. Aż 4 gwiazdki? Patrząc na Twoją recenzję, obstawiałam jedną, max dwie. Cóż... Już wiem, że nie sięgnę po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń