wtorek, 13 sierpnia 2019

DRYFUJĄC W KOSMOSIE ABSURDU... [Kurt Vonnegut – „Syreny z Tytana”]

Autor: Kurt Vonnegut
Przekład: Jolanta Kozak
Tytuł: Syreny z Tytana
Tytuł oryg.: The Sirens of Titan
Gatunek: science-fiction
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Opis: Prosperujący przedsiębiorca Winston Niles Rumfoord po wyruszeniu wraz ze swoim psem Kazakiem w międzygwiezdną podróż zamienia się w czystą energię i materializuje się tylko wtedy, gdy zetknie się z Ziemią lub inną planetą. Na Tytanie spotyka Salo, wysłannika obcej cywilizacji – Tralfamadorii, który od kilkuset tysięcy lat czeka na zapasową część do swojego statku kosmicznego. Zaprzyjaźnia się z nim i razem tworzą na Marsie państwo, składające się z porwanych Ziemian, wśród których jest również Malachi Constant, najbogatszy człowiek w Ameryce, i Beatrycze, była żona Rumfoorda.


Czytając Syreny z Tytana miałam wrażenie, że autor po prostu usiadł przed biurkiem i spisał na szybko to, co objawiło mu się w myślach jako chaotyczny obraz naszego świata. Nie zdziwiłabym się, gdyby przy okazji w lewej dłoni dzierżył jakiś alkoholowy specyfik, po którego upiciu te pomysły zyskały niewiarygodnie absurdalnych barw. A może twórczość Kurta Vonnegata właśnie taka jest? Sama w sobie uchodzi za wysokoprocentowy trunek o niespotykanym smaku? Syreny z Tytana są moją trzecią książką Vonneguta, więc mogę na to pytanie odpowiedzieć twierdząco, bo bardziej powalonych, ale i egzystencjalnych, refleksyjnych powieści nie czytałam. Co tym razem zgotował nam autor, podróżując myślami w kosmosie?

DRYFUJĄC W KOSMOSIE ABSURDU, CZYLI O TYM, JAK AUTOR NAŚMIEWA SIĘ Z LUDZKOŚĆI

Każda historia stworzona przez Vonneguta jest inna, ale odnoszę wrażenie, że wszystkie mają ten sam wzór, motyw i podobne przesłanie. Autor musiał być głęboko zranionym, samotnym mężczyzną, który nie zgadzał się z działaniem społeczeństwa i radził sobie z tym na własny sposób, czyli pisząc. Osobiście mam już za sobą jego Kocią kołyskę oraz Śniadanie mistrzów. Uważam, że Syreny z Tytana dorównują im poziomem, choć mają przy okazji swój niepowtarzalny, jeszcze bardziej absurdalny klimat niż te poprzednie dzieła. Chwilami, czytając tę książkę, czułam się nieco zagubiona, czasem nieco znudzona przydługimi, choć celowymi tłumaczeniami, a czasami nie mogłam się nadziwić się temu, jak bardzo skomplikowana, ale i ciekawa jest to fabuła. Vonneguta równocześnie się kocha i nienawidzi. Kocha się za to, że nikt inny nie byłby w stanie stworzyć tak absurdalnie wielowątkowego widowiska, a nienawidzi za to, że nabija się nie tylko ze społeczeństwa, ale również ze swoich czytelników, którzy są przecież jego częścią. 
Niesamowite jest to, że choć książka została napisana w 1959 roku, idealnie wpasowuje się w teraźniejszą rzeczywistość. To ponadczasowa powieść z mocnym przesłaniem. Autor zadaje tutaj wiele istotnych pytań, na które często nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Czy jesteśmy panami własnego losu? A może ktoś nami kieruje? A może to wszystko nie ma sensu? Po co żyjemy? Czy każdy z nas ma jakąś misję do wypełnienia? Co jest w życiu ważne? Co jest dobre, a co złe? Mogłabym stworzyć długą listę ukrytych w powieści zapytań, ale to nie one są tutaj najważniejsze. Najważniejsze będzie to, jakie morały wyciągniemy z tej powieści my, czytelnicy, a każdy z pewnością wyciągnie coś innego. Trzeba się jednak przygotować na to, że nie będą to krzepiące serce refleksje. Raczej możemy poczuć beznadziejność i wielką niewiadomą naszego istnienia. Jest tu jednak pewna radość życia: nie jesteśmy sami. 
Podsumowując. Chciałabym napisać więcej o fabule, ale musicie mi wierzyć: jest tak rozbudowana i skomplikowana, że powinien wystarczyć wam opis, który umieściłam nad recenzją. 
Jest kosmos, absurd, bezsens działania społeczeństwa, ślepe podążanie ludzi za losowym przywódcą, religijne wyuzdanie i wiele, wiele innych aspektów ludzkiej egzystencji. Jest sarkazm, śmiech, oburzenie, zrozumienie i brak zrozumienia. Jest po prostu dobra, wartościowa lektura, za którą warto się wziąć, jeżeli oczekujecie czegoś więcej niż płytka, obyczajowa fabuła. Właśnie taką przygodę pełną rozczarowań, ale i satysfakcji zapewni wam Vonnegut wraz z podróżującym w kosmosie Winstonem Nilesem Rumfoordem i jego psem, Kazakiem. 

OCENA:
★★★★★★☆☆☆

12 komentarzy:

  1. Może uda mi się ją przeczytać. [Kreatywna-alternatywa]

    OdpowiedzUsuń
  2. kiedyś miałam podejście do "Kociej kołyski" ale nic z niego nie pamiętam :P może powinnam teraz znów dać mu szansę, ale trochę się boję, że nie zrozumiem jego fenomenu :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytając Wasze poprzednie recenzję powieści tego autora, już wtedy powiedziałam sobie, że sięgnę po jego jakąś książkę.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie miałam okazji zapoznać się z twórczością tego autora, ale w najbliższej przyszłości zamierzam nadrobić zaległości :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Vonnegut wciąż przede mną, ale to jedno z tych nazwisk, z którymi na pewno wkrótce się zapoznam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie przepadam za książkami, które można zaliczyć do sceince-fiction. Dla mnie jest już tam za dużo rzeczy fantastycznych i kompletnie nie potrafię się wbić w takie historie. Nawet najlepsza książka z tego gatunku nie przekona mnie do sięgnięcia po nią.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pokręcona fabuła, ale może być ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  8. Myślę, że to Autor w Polsce zbyt mało znany i zbyt mało doceniany. Może akurat nie z powodu tej książki, ale "Kocia kołyska" przemawia sama za siebie.

    OdpowiedzUsuń
  9. To z pewnością nie jest prosta książka i zasługuje na skupienie czytelnika, zwłaszcza jeśli jest tak zawiła.

    OdpowiedzUsuń
  10. Szczerze mówiąc, pierwszy raz słyszę o tej książce i niezbyt mnie ona zaciekawiła. Chyba byłaby dla mnie zbyt zawiła. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Na pewno sobie zapiszę tę książkę na swoja listę i przeczytam ją w późniejszym czasie, na razie nie mam natchnienia na trudne książki.

    OdpowiedzUsuń